Pięć minut triathlonu – historia właśnie się tworzy

Nie musisz kochać sportu po to, aby podziwiać sportowców. Istnieje jednak ryzyko, że podziwianie ich sprawi, że zauroczysz się ich pasją, walką, żelaznym charakterem. I być może będzie to najlepsza rzecz, jaka kiedykolwiek spotkała cię w życiu.
Bohaterów tego tekstu mamy wielu, a głównym gwoździem programu będzie triathlon. Osadzimy go w krajobrazie Krakowa i południa Polski, przede wszystkim jednak ukażemy, że szeroko pojęty sport, a w tym przypadku triathlon potrafi wpływać na życie tych, którzy decydują się sprawdzić w trzech różnych dyscyplinach. Są decyzje od których nie ma powrotu.
Triathlon o zabarwieniu cross doda odrobiny pikanterii, błota i leśnych zmagań na dwóch kółkach. Już na wstępie można wyciągnąć wniosek, że nie będzie łatwo. Kolejny? Na pewno będzie ciekawie. I chociaż triathlon na południu Polski nie ugruntował sobie (jeszcze?) mocnej pozycji, sytuacja ta powoli ulega jednak zmianie. Jak twierdzi trener dzieci i młodzieży YMCA Kraków – Marcin Błaszczyk – ma oto triathlon obecnie swoje pięć minut. Co z tego wyniknie i czy wyniknie – zobaczymy. Dzieje się tak oczywiście za sprawą jego pasjonatów – sportowców i trenerów, którzy już od lat dzielą z triathlonem życie. A tego rodzaju miłość jest miłością bezwzględną – nie sposób się tym parać „na pół gwizdka”, ta miłość wymaga pełnego oddania i wierności, zdająca się mówić: albo wszystko, albo nic. Dlatego musicie poznać pana Krzysztofa Chołdę, dlatego też poznacie Wojtka Mazurkiewicza, który postarał się o to, aby triathlon w wydaniu cross zagościł w Krakowie-Tyńcu – coraz bardziej popularną odmianę triathlonu dla ludzi o mocnych nerwach 😉 Na trasie spotkamy jeszcze wiele innych, ważnych postaci, którzy stają na głowie, dwoją się i troją, aby zasiane ziarno sportów wytrzymałościowych w pięknej postaci triathlonu, wykiełkowało nową historią – historią triathlonu w Krakowie.
Na początku był Kryspinów

Gdyby spytać poetę, K. K. Baczyńskiego o to, w jaki sposób „zaczął się świat”, odpowiedziałby swoim wierszem: Pan Bóg się uśmiechnął i wtedy powstała ziemia. Jak to było w Krakowie? Gdzie usytuowały się pierwsze zawody triathlonowe w przestrzeni grodu Kraka – miasta kultury i osiągnięć nauki? Kto stoi za taką gratką? Wbrew pozorom – pełne tradycji, może patosu, czasem sztywne i zawsze na poziomie miasto Kraków dawało i daje możliwość trenowania tym, którzy upatrzyli sobie triathlon jako „swoją dyscyplinę”. Jest gdzie biegać, rowerem można zawsze przecież wybyć za miasto, ba, mamy nawet trochę wody, a przy dobrej woli tych na górze – zrobi się z tego błoto (tu ukłon zwłaszcza dla tych, którzy lubią tri w wersji cross).

tri

***

Może niewiele osób wie, że Kryspinów – miejsce niedzielnych wycieczek „na plażowanie”, w latach dziewięćdziesiątych ugościł pierwszych w Krakowie triathlonistów. A może precyzyjniej – sportowców, którzy w tych latach poznawali tę nieznaną dotąd, trochę egzotyczną dyscyplinę sportu. Na zawody odbywające się wówczas na Śląsku czy północy Polski jeździł jeden jedyny zawodnik z Krakowa – p. Krzysztof Chołda, który postanowił zorganizować zawody triathlonowe w Krakowie. Pan Krzysztof jest również posiadaczem trzeciej w Polsce legitymacji instruktora triathlonu, którą uzyskał w 1995 r. W roku 2003 wystąpił w roli trenera krakowskich zawodników-młodzików, którzy wystartowali w IX Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży w sportach letnich na Pomorzu (Ostrzyce). Wśród nich był również wówczas siedemnastoletni Wojtek Mazurkiewicz. A dziś? Dziś trener i zawodnik spotykają się podczas zawodów… na starcie. A który pierwszy pojawia się na mecie? Nie zdradzimy 🙂

Powracając jednak do początków triathlonu w Krakowie – triathloniści, skupieni w różnych miastach Polski, ludzie, którzy lubią się zmęczyć, tworzyli wielką rodzinę, mówiącą sobie tylko znanym językiem. Najwięcej zawodów odbywało się wówczas głównie na północy Polski – Susz, Górzno, Poznań, Pomorze. Pojawiły się wówczas również plany organizacji olimpiady dla młodzieży, swoją działalność rozpoczęła sekcja triathlonu YMCA (2002), a jej pomysłodawcy chcieli zachęcić pływaków do poszerzenia pasji sportowej o dwie dodatkowe dyscypliny.

***

Zawody w Kryspinowie z roku na rok osiągały coraz większą popularność – na pamiątkowych listach startowych widnieją nazwiska zawodników m.in. z Ukrainy czy też Białorusi, co wydaje się być jak na ówczesny czas zjawiskiem niezwykle ciekawym. Odbył się w Kryspinowie trzykrotnie Ogólnopolski Triathlon Krakowski w latach 1994-1996. Pierwszy z nich – w czerwcu 1994 r. stanowił wówczas jedną z propozycji rekreacyjnych mających miejsce w Kryspinowie (wystartowało 31 osób), w drugim wystartowało 48 osób – 46 mężczyzn oraz dwie panie i rozegrał się na dystansie: 1 km pływania, 30 km rower, 6,5 km biegu. Ostatnie zawody, rozegrane w 1996 r. przyciągnęły do Krakowa 67 osób z różnych miast Polski oraz zza granicy. Komunikaty pisane na maszynie do pisania obwieszczały regulamin zawodów. Niestety ilość osób, które były w stanie pomóc w organizacji zawodów w Kryspinowie nie była wystarczająca, Pan Krzysztof założył rodzinę, doszły kolejne obowiązki i poprzestano na 3 edycjach. Aby zareklamować wydarzenie rozwieszano plakaty na słupach, a zawodnicy musieli wówczas posiadać kartę pływacką i rowerową. Opłata startowa w 1996 r. wynosiła 15 złotych.

Nawiązano współpracę z krakowskim WOPRem, ratownicy asekurowali zawodników podczas zmagań na odcinku pływackim, pomagali studenci, koledzy z pracy, rodzina, dzieci przyjaciół, harcerze z krótkofalówkami. Czas mierzono stoperami – ktoś notował, ktoś mierzył, a warunki te  sprawiały, że potrzebnych do pomocy było wiele osób. Zdarzyła się również sytuacja, że w dniu zawodów w Kryspinowie, o poranku, ktoś „życzliwy”, a może bardziej dowcipny wymazał linię trasy biegowej, starannie przygotowaną przez organizatora. Artysta-plastyk drogowy może być z siebie dumny – ze względu na brak czasu i możliwości użycia farby olejnej trasa przebiegała wedle uznania i inwencji porannego ducha 🙂 Cóż, można stwierdzić, że pojawiły się wówczas niechcący pierwsze elementy „cross” na trasie biegowej, która zabrała zawodników w pola i łąki.
Jedną z pamiątek z tego okresu, z pewnością najbardziej przyjemną dla samego p. Krzysztofa-zawodnika są słowa, które pojawiły się w jednym z artykułów w Echo Krakowa (1994) – zwycięzca pierwszego Ogólnopolskiego Triathlonu Krakowskiego, Roman Pustułka powiedział: Najgroźniejszym, moim rywalem mógł być Krzysiek Chołda, ale jako organizator nie wziął w nich udziału. W artykule pod tytułem „W Kryspinowie. Ludzie z żelaza” czytamy o pierwszych w mieście Krakowie tego rodzaju zawodach, które zorganizował „jedyny na razie krakowianin, walczący już z krajową czołówką”. Uroczą wydaje się być również wypowiedź jednego z zawodników – górnika kopalni, Jerzego Goja, który powiedział dziennikarzowi: Panie, to są zawodnicy, ja nie mam z nimi szans, ale startuję. Nie ma lepszego wypoczynku po pracy na przodku. W zawodach wystartowała również 13-letia Marzena Górska, która w klasyfikacji generalnej zajęła 19 miejsce na 31 startujących osób, była również najlepsza z trójki pań i już wtedy marzyła o starcie… na Hawajach.
Pan Krzysztof skrupulatnie gromadził pamiątki z własnych startów, jak również komunikaty i korespondencję związaną ze startami. Pasjonaci triathlonu pisali do siebie listy, informując się o planowanych zawodach. Te niezwykłe pamiątki odsyłają nas do roku 1990 w którym to p. Krzysztof zainteresował się triathlonem – jako pierwsza osoba w Krakowie i za namową kolegi, który opowiadał o zawodach w Gnieźnie, postanowił wystartować w Poznaniu. Dołączył do klubu triathlonowego Bumerang-Będzin – Kraków stanowił wówczas czarną plamę na mapie wydarzeń związanych z triathlonem. Materiały telewizyjne z zawodów Ironman wspomina pan Krzysztof z wielkim wzruszeniem – emocje, rywalizacja, a niemożliwe staje się możliwe. Badał on także psychospołeczne uwarunkowania uprawiania triathlonu w Polsce – łamanie barier i wielką radość płynącą ze… zmęczenia. Kiedy sam trenował czuł się w pewien sposób wyobcowany, co prowadziło do refleksji (podczas pisania doktoratu dot. triathlonu) nad aspektem … wyobcowania w sporcie. Bieganie jeszcze kilka lat temu nie było ani modne (jak teraz), ani atrakcyjne. Biegając wieczorami można było poczuć się nieco dziwnie, łapiąc jeszcze bardziej zdziwione spojrzenia mijających biegacza przechodniów czy sąsiadów. Dlatego też – spotkania z innymi zawodnikami stanowiły prawdziwą ucztę radości i zrozumienia!
Wszyscy bowiem, zajmując się tym samym, rozumieją te same kwestie, mówią w swoim języku i nikt nie traktuje ich jako odmieńców. W krajobrazie dzisiejszej „epidemii biegania” wspomnienia z wczesnych lat dziewięćdziesiątych wydają się być równie ciekawe, co zabawne, biorąc pod uwagę dzisiejszy stosunek ludzkości do biegania 🙂

Łamanie granic, pokonywanie barier stanowiło nagrodę i cel sam w sobie, dążenie do celu nagradzane jest satysfakcją. To też nie cieszyło się zupełnym zrozumieniem. I jak? Byłeś na zawodach? Wygrałeś? Trudno zrozumieć, że sam start w zawodach i ukończenie ich stanowi nagrodę samą w sobie. Jechać całą Polskę, „dokładać do interesu” i nawet nie wygrać – nie każdy pojmie to i zrozumie.
Zawody w pryzmacie kibica? To nie dla mnie – mówi pan Krzysztof, który czuje się zawodnikiem w o wiele większym stopniu niż trenerem. Triathlon liczy się wtedy, kiedy czuje się go na własnej skórze.

***

Triathlonem zajmuje się również jego syn Łukasz, który trenuje w klubie YMCA pod czujnym okiem trenera Marcina Błaszczyka. Marcin jest trenerem triathlonu dzieci i młodzieży od 2009 r., a swoją trenerską działalnością trzewi idee triathlonu wśród dzieci i młodzieży w krakowskim klubie YMCA. Nie jest to zadanie łatwe podobnie jak nie jest to łatwa dyscyplina. Dodatkowo triathlon generuje koszty w postaci sprzętu i wymaga od zawodników dużego nakładu czasu. Młodzież z pewnością o wiele trudniej „namówić”, „nakłonić”, „przekonać” – młodość rządzi się przecież własnymi prawami i własnymi wyborami. Wybierający sobie za kompana triathlon – młodzi i utalentowani – zasługują na tym większe uznanie, podobnie jak i sam Marcin, który dzieli swój czas pomiędzy trenowaniem młodego pokolenia, własnymi treningami i wychowywaniem dwójki wspaniałych maluchów – Hani i Franka (Franek pewnie by się pogniewał za stwierdzenie, że jest maluchem, bo przecież jest już bardzo poważnym siedmioletnim piłkarzem).

10544389_871904462828336_8797302672685400186_n
W 2009 r. swoją przygodę w YMCA Kraków rozpoczęło 6 osób, a kolejne zawody i zwycięstwa podopiecznych klubu przyciągały kolejne osoby. Co roku organizowane są zawody i obozy sportowe, a od 2013 r. YMCA jest w Kadrze Wojewódzkiej Młodzika Juniora Młodszego,  której Marcin jest koordynatorem. Młodzież, która chciałaby trenować, chcąca startować i otrzymać licencje „trafia” do Marcina, a sama Kadra zrzesza tych najbardziej utalentowanych. Dla każdego sportu ważna jest również rywalizacja, która generuje wysoki poziom dyscypliny sportowej – tego zawodnikom YMCA brakuje, taka sytuacja związana jest z tym, że krakowski klub młodzieży jest klubem na naszym terenie jedynym.

Szkolenie młodzieży wymaga inwestycji, pomagają rodzice i sponsorzy – klub nie zarabia na szkoleniu młodzieży, a sama młodzież nie wydaje się być „intratna”, jest w pewnym sensie „nierentowna” dla struktur sportowych w Polsce – być może dlatego też rozwój triathlonu wśród dzieci i młodzieży nie cieszy się tak dużą popularnością, jak sport amatorski wśród zawodników dorosłych. Klub YMCA stara się o dofinansowania i dotacje, które pomagają zawodnikom brać udział w jak największej liczbie wydarzeń sportowych, celem klubu jest wyróżnienie tych najlepszych po to, aby mogli wystartować w zawodach najwyższej rangi. Małymi kroczkami do celu – obserwacja Marcina pozwala sądzić, że będzie lepiej, że sytuacja ulega zmianie – coraz więcej zawodów, to coraz więcej startujących – miejmy nadzieję, że przełoży się to również na sport najmłodszych.
Nastała moda na sport – inwestujemy w ruch, zdrowie, w gadżety sportowe. Poprzez własne treningi Marcin może motywować młodych ludzi, jest wiarygodny i utożsamia się z tym, czym chce zarazić innych. Młodzież potrzebuje autorytetów, kogoś, komu może się przypatrzyć i w kogo wpatrzyć.

Zarówno gród Kraka, jak i całe Południe kraju to niszowa strefa dla tri, a w strukturach Polskiego Związku Triathlonu na tych terenach funkcjonuje jedynie klub YMCA Kraków, który oferuje szereg kategorii wiekowych – dziecięca, kat. młodzików, juniorów i juniorów młodszych, kończąc na seniorskiej. Nie ma innego klubu, który mógłby funkcjonować w strukturze związku, ubiegać się o licencje, czy tworzyć klasy. Dlaczego? Ktoś stwierdził, że Kraków jest miastem kultury, miastem nauki w którym odbywa się szereg imprez o zabarwieniu muzycznym, kulturalnym czy artystycznym – mówi.
Według Marcina ewenementem na skalę Polski jest Poznań, w którym to mieście co drugi Poznaniak wie, czym jest triathlon. Zaczyna się jednak coś dziać – coraz więcej ludzi z Krakowa zajmuje się triathlonem. Jeszcze 5-6 lat temu na różnego rodzaju zawodach jedynymi przedstawicielami z miasta smoka wawelskiego byli zawodnicy YMCA, zmieniło się również w wiele w kwestii amatorskiego sportu – ruch ten się rozwija i coraz więcej ludzi szuka alternatywy sportowej w pływaniu czy kolarstwie co sprawia, że zaczynają interesować się triathlonem, który daje duże możliwości i oferuje szereg dystansów. Nie ma to jednak na razie przełożenia na sporty dzieci i młodzieży – proporcja trenujących dorosłych nie przekłada się na liczbę trenujących dzieci. Marcin ma nadzieję, że sytuacja ta ulegnie zmianie, że możliwe będzie dokonanie czysto sportowej selekcji zawodników chcących trenować triathlon. Nie zawsze również młodzież trenuje po to, aby rywalizować lub konkurować z innymi zawodnikami – pobudki młodzieży są różne, starty w zawodach nie są również obowiązkowe. Marcin stara się jednak namówić członków klubu do podjęcia wyzwania w postaci startów.
Triathlonowi w Krakowie – zdaniem Marcina Błaszczyka – pomógłby ktoś medialny, ktoś kto „pociągnąłby” za sobą ludzi (tu można wspomnieć o znanym Krakowianinie – M. Stuhrze, który para się triathlonem), spora impreza medialna i szereg innych czynników, które – skumulowane – pomogłyby w rozwoju popularności dyscyplin wytrzymałościowych. W przypadku szkolenia dzieci, korzystną byłaby klasa sportowa czy sekcja triathlonu przy AWF. Warunki w Krakowie, aby uprawiać tę dyscyplinę są naprawdę dobre – baseny, stadiony, miejsca do biegania i jazdy na rowerze. Poznań i Katowice – dwa wspomniane przez Marcina ośrodki rozwoju triathlonu to ośrodki, w których dyscyplina ta ma dobrą bazę informacji, gdzie silnie rozwinięta jest m.in. wymiana myśli trenerskiej. Cross triathlon stanowi mniej popularną odmianę triathlonu aniżeli triathlon tradycyjny, da się jednak zauważyć, że zawodnicy parający się zawodami MTB rozpoczynają starty w cross triathlonie, stanowią zatem duży potencjał do rozwoju popularności cross’a, a triathlon oferuje mnóstwo możliwości – starty w aquathlonie czy duathlonie. Jest dobrze, coś się dzieje – licencje dla Poznania i Gdyni są znakiem i dowodem, że rozwijają się w Polsce tego rodzaju imprezy.
Marcin jest również jest jednym z organizatorów Międzynarodowego Festiwalu Cross triathlonu w Krakowie-Tyńcu. W zeszłym roku, podczas Mistrzostw Polski Cross triathlon, które odbywały się w tym samym miejscu wziął udział w zawodach duathlon i zmierzył się z trasą, którą sam – wraz z Wojtkiem Mazurkiewiczem – przygotował. A może w tym roku pokusi się o pływanie w Wiśle?  🙂

Wariant? Tylko jeden. Wynik, poprzedzony celem, osiągnięty pracą

Jeśli ktoś kieruje się w życiu słowami cel – praca – wynik (to takie słynne „triuduum” naszego bohatera) z pewnością jest osobą ambitną, stawiającą przed sobą różnego rodzaju cele do realizacji. Po osiągnięciu jednego, chwyta po kolejny. Na tym etapie – jako trener – realizuje marzenia swoich zawodników i podopiecznych. Dążenie do obranego celu nie jest łatwe, obranie go również wymaga wielkiej odwagi. Nie zawsze potrafimy realnie ocenić nasze możliwości, wielokrotnie nie doceniając samych siebie. Nie szkodzi. Jeśli spotkamy kogoś, kto spojrzy na nas obiektywnie – będzie łatwiej, a jeśli spotkamy kogoś, kto nie idzie na skróty – będzie ciężko. Taki właśnie jest Wojtek Mazurkiewicz – trener triathlonu, biegania, pływania, trener personalny, a przede wszystkim – zawodnik, aktywny triathlonista, pełen zapału i ambicji, aby zarażać triathlonem wszystko to, co żyje.

11911797_953256391400135_1148049430_n

Jako trener nieustępliwy – jeśli sam nie wierzysz, że podołasz, nie przejmuj się – nie ma alternatywy w drodze na szczyt. Musisz ciężko pracować i nie poddawać się. Podopieczni Wojtka sami często nie wierzą, że są właśnie w tym, a nie innym miejscu. Opuścili – bezpieczne kanapy i strefę komfortu. Jako człowiek skromny nie lubi (zbędnych) słów i może słów w ogóle. Dlatego też warto o tym wszystkim opowiedzieć.

11910912_953256394733468_437838353_n

Jeśli treningi ukształtowały mój charakter, to dlaczego nie stać się człowiekiem z żelaza?

Sport towarzyszy mu od wczesnych lat dziecięcych – jako dziesięciolatek rozpoczął naukę w krakowskiej Szkole Mistrzostwa Sportowego, w której rozpoczęła się jego przygoda z pływaniem, stanowiąca wstęp do późniejszej kariery triathlonowej. Ciężkie treningi pływackie zaowocowały wielokrotnymi medalami podczas Mistrzostw Polski w pływaniu, a on sam stał się członkiem Kadry Narodowej Juniorów. Jako siedemnastoletni sportowiec zrobił kolejny krok. Rozpoczął treningi w YMCA Kraków, gdzie zakiełkowała jego przygoda z triathlonem, kontynuowana w klubie na Śląsku. Ważnym na mapie sportowych osiągnięć Wojtka jest członkostwo w Kadrze Narodowej Triathlonu, które umożliwiło mu uczestnictwo w jej zgrupowaniach – krajowych oraz zagranicznych. Jako jej członek wielokrotnie reprezentował kraj na arenie międzynarodowej. Jego praca zawodowa oscyluje wokół tematyki sportowej, trenerskiej i organizatorskiej – jest koordynatorem oraz trenerem w Klubie Triathlonowym, managerem stowarzyszenia Aktywna Strona Życia oraz prezesem Stowarzyszenia Sport Bez Barier. To ostatnie organizuje wydarzenia o charakterze triathlonowym w Tyńcu – wykorzystując malownicze, wymagające, a przede wszystkim – atrakcyjne trasy, ścieżki oraz Wisłę, w której realizowany jest odcinek pływacki. Tyniec w roku 2014 zasłynął jako gospodarz Mistrzostw Polski Cross triathlon. W roku 2015 Stowarzyszenie Sport Bez Barier organizuje Międzynarodowy Festiwal Cross triathlonu.

Ideą wydarzenia, które już wkrótce odbędzie się w Tyńcu jest przede wszystkim propagowanie aktywności fizycznej z naciskiem na dyscyplinę bliską sercu organizatora. Naturalne bogactwa Tyńca oferują ścieżki oraz trasy, które Stowarzyszenie Sport Bez Barier zaadaptowało na atrakcyjne trasy cross triathlonu. Dzięki pomysłowi, aby zawody rozegrały się na dwóch dystansach udział w nich mogą wziąć również ci, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę, chcą zadebiutować, sprawdzić swoje możliwości lub po prostu świetnie się bawić. Organizowane przez Wojtka otwarte treningi – pływackie, rowerowe i biegowe dały możliwość na przygotowanie się, zapoznanie z niuansami treningów zakładkowych, a przede wszystkim uświadomiły zawodnikom i przyszłym zawodnikom, że wystarczy się… odważyć. Triathlon w pryzmacie Wojtka stanowi dyscyplinę, która nie musi być przerażająca. Wymaga czasu, przygotowań i odpowiednio skomponowanych treningów, jednak wszystko jest możliwe – i nie jest to banał z taniego podręcznika o motywacji, tylko suchy fakt (suchy, o ile nie pada! 😉 ). Imprezy towarzyszące MFT – bieg cross oraz starty biegowe dla dzieci to kolejne formy aktywności fizycznej, które zachęcają – miłośników biegania do zmierzenia się z trasami pełnych zbiegów i podbiegów w malowniczym terenie Tyńca; zachęcać mają również rodziców do tego, aby zaszczepili w swoich pociechach chęci do uprawiania sportu.

I jeśli myślicie, że na tym się skończy – grubo się mylicie.

14959_871904392828343_2718950132074601191_n

Tyniecki sukces na skalę świata

Tak, będzie grubo – jak zwykło się mawiać wśród młodzieży. Dlaczego? Już w tym roku podczas Międzynarodowego Festiwalu Cross triathlon 2 osoby (zwycięzcy kat. OPEN kobiet i mężczyzn) otrzymają pakiety startowe na odbywające się pierwszego dnia listopada br. MISTRZOSTWA ŚWIATA XTERRA na Hawajach. Za rok, w tym samym miejscu – w Tyńcu, 12 kilometrów od centrum Krakowa odbędą się pierwsze i jedyne w Polsce zawody XTERRA. Stowarzyszenie Sport Bez Barier otrzymało licencję na ich organizację, a Tyniec zobaczy cały świat – sportowcy i ich rodziny, którzy będą chcieli zmierzyć się z leśnymi niespodziankami i pływaniem w rzece wszystkich rzek! Za rok „bilet” na Hawaje otrzyma 25 zawodników – zwycięzców poszczególnych kategorii wiekowych. Sukces? Ogromny. Sukces o którym bębni i huczy całe środowisko triathlonowe, a zawodnicy zacierają ręce, że wydarzenie rangi światowej rozegra się tutaj, u nas… za miedzą. Otrzymanie takiej licencji, przybicie piątki z hawajską organizacją XTERRA to niesamowite wyróżnienie. Malutki Tyniec staje się obecnie kolebką ważnych wydarzeń sportowych, zapraszać będzie sportowców z całego świata i dołączy do 40 wydarzeń XTERRA organizowanych w krajach całego świata. To wielka nobilitacja, wyzwanie i ogrom pracy, który wraz z sukcesem otrzymują w pakiecie organizatorzy. Dzieją się oto w Krakowie rzeczy wielkie, a cross triathlon w jego krajobrazie – z tej radości – wydaje się przemierzać żwawo tynieckie i legendarne „schody do nieba”.

Sportowcom – powodzenia na trasach, dla Krakowa – wspaniałych gości, dla Tyńca – jeszcze większej sławy, trenerom – zapału i sukcesów, organizatorom – sprzyjających wiatrów, a triathlonowi – temu najważniejszemu w tekście panu o trzech twarzach – nowej i wspaniałej historii, nie gdzie indziej, jak tutaj na południu Polski i w Krakowie.
Bardzo dziękuję za rozmowę i materiały p. Krzysztofowi Chołdzie, Marcinowi Błaszczykowi za rozmowę i wskazówki oraz Wojtkowi Mazurkiewiczowi za „całokształt twórczości” – możesz być pewien, że ilość pytań, które zadaję jest ledwo ułamkiem tych, które chciałabym zadać.

Cieszę się również, że mogłam zobaczyć na liście startowej Ogólnopolskiego Triathlonu Krakowskiego Wojtka Bukrego, który jest żywym dowodem na to, że nie ma przed triathlonem… ucieczki. Wojtek jak trenował, tak trenuje 🙂

Rozmawiała i opracowała: Jadwiga Bryś

W góry, w góry miły bracie – tam przygoda czeka na cię! Wadowicki Półmaraton Górski

Nie pamiętam, jaka byłam, kiedy miałam 20 lat. Za nic w świecie nie mogę przypomnieć sobie o czym wówczas myślałam. Czas zweryfikował na pewno moje plany, ale w zamian podrzucił – jak prezenty pod choinkę – wielu wspaniałych ludzi. Ale ja? W wersji dwadzieścia lat na karku? Pamiętam drewniane korale, wielkie kolczyki, książki. Nic szczególnego, siano w głowie, kiełbie we łbie. Chodzą sobie jednak po świecie, tutaj, blisko i całkiem realnie, dwudziestolatkowie, którzy oprócz dwudziestu (li i jedynie) wiosen na karku mają już na swoim koncie wielkie sukcesy.

Mam tutaj na myśli jednego z nich – ambitnego, pracowitego i niezwykle sympatycznego Ktosia, który nie dość, że studiuje, jest utalentowanym sportowcem, to dodatkowo, gdzieś w między czasie – organizuje zawody sportowe. A, lubi też grać w planszówki :))) W maju odbył się pierwszy Bieg Wadowicki, a w sierpniu czeka nas Wadowicki Półmaraton Górski – obie imprezy sygnuje swoją niezwykłą, młodą osobą – Piotrek Hydzik.

Niejeden z nas może powiedzieć i mówi często, że „w górach jest wszystko, co kocham”. Nawet najbardziej malownicze słowa i choćby starać się malować nimi – niczym pędzelkiem – nie są w stanie opisać piękna, z którym mierzą się nasze oczy będąc ciut wyżej niż zwykle.

wadowicki półmaraton górski
Góry, posiadające w sobie coś wyjątkowego, znajdujące się bliżej nieba niż cokolwiek innego dają nam możliwość konfrontacji z pięknem przyrody, która nie oszczędziła starań, aby stworzyć coś niezwykłego. Przybywając w górach często zapominamy o trudach życia codziennego, ba, zapominamy o tym, co zachwycało nas tam, na dole. Wszystko wydaje się być bardziej banalne, a my chcemy być coraz to wyżej i coraz to mocniej wyciskamy z dwóch kończyn tyle siły, aby niosły nas w to górskie piękno. Góry jednak chcą czegoś w zamian. Tak jakby mówiły: chodź, pokażemy Ci coś pięknego, ale Ty musisz pokazać nam, że chcesz i potrafisz. Dlatego też wspinaczki górskie wymagają siły ciała i hartu ducha. Wielu godzin wędrówki, często w zmiennej, górskiej aurze pogodowej. Wymagają rozwagi i przygotowania. To, co oferują nie da się jednak wycenić. Widoki, które zapewniają są rekompensatą za trud ciała, nie są mierzalne żadną walutą, same jednak stanowią cenne bogactwo.
Entuzjaści sportu i zaprawieni w boju organizatorzy I Biegu Wadowickiego, który odbył się w maju tego roku – nie gdzie indziej jak w Wadowicach, postanowili zapewnić Wam kolejne atrakcje. W dziesięciokilometrowym biegu, który odbywał się w przestrzeni miasta, a uwieńczony został między innymi nagrodą w postaci kremówki (bez tego obyć się nie mogło!) wzięło udział 700 uczestników! Słoneczne tego dnia Wadowice zapełniły się kolorowymi i radosnymi ludźmi, których połączyła wspólna pasja – bieganie. Tym razem – już 16 sierpnia – zapraszają Was… w góry. Zapraszają na Wadowicki Półmaraton Górski. Imprez sportowych ci u nas dostatek, kalendarze pękają w szwach i często zmuszeni jesteśmy wybierać pomiędzy jednym, a drugim wydarzeniem. Każde ma w sobie coś wyjątkowego – czy to trasę, czy historię, czy nagrody. Jeszcze lepiej wybrać start, który sam w sobie stanowi nagrodę. Czyli góry!

                                                                                                                                                                ***
W imieniu organizatorów zapraszamy Was na ten wyjątkowy, pierwszy   półmaraton górski, którego trasa startuje z centrum Rzyk i prowadzi do Hotelu Młyn Jacek – partnera wydarzenia na terenie którego rozlokowana jest meta. Z raju, do raju !

Trasa prowadzi między innymi przez Groń Jana Pawła II i praktycznie w całości jest trasą typowo górską (tak, ta informacja ma Was zachęcić i jest tu zlokalizowana nieprzypadkowo;)). Ścieżkami tymi spacerował i przechadzał się Karol Wojtyła, w miejscach tych spędził swoją młodość i o miejscach tych lubił opowiadać, zwłaszcza podczas swoich wizyt w Polsce. Są one z tego powodu dodatkowo owiane pewną nutką – magii, legendy i charyzmy najsłynniejszego mieszkańca Wadowic.

Trasa, którą przygotowali dla Was inni mężni mieszkańcy Wadowic jest trasą urozmaiconą (ok. 1 km przewyższenia) i bez wątpienia – malowniczą. W pakiecie, który otrzymają zawodnicy znajduje się koszulka, każdy może również liczyć na wyjątkowy medal oraz posiłek regeneracyjny. Dla najlepszych – nagrody finansowe – piesze górskie wędrówki przynoszą wszak różnego rodzaju profity! Co mają na celu organizatorzy imprezy? Chcą uświadomić nam wszystkim – dwunożnym – jak fajne jest bieganie, a umiejscawiając bieg w takich, a nie innych warunkach nadają mu innego wymiaru, zwiększają poziom trudności i rzucają rękawiczkę – podejmiesz wyzwanie?
Wadowicki Półmaraton Górski ma też na celu promocję gmin – Wadowice i Andrychów, które spotykają się ze sobą w górach i mają naprawdę wyjątkowy charakter. Nie ma wątpliwości – trzeba pobiec, warto spróbować i warto spotkać się z organizatorami i zawodnikami na mecie. Widzimy się za dwadzieścia dwa kilometry!
Ryzyko? Zauroczysz się.
Niebezpieczeństwo? Wrócisz za rok.
PS. Warto przyjechać chociaż dla samej gitary i ogniska, które organizatorzy obiecują po biegu. Wygląda na to, że pobiegniemy… śpiewająco. Strójcie nóżki i ballady, ahoj, biegacze!

*Piotrek ma na swoim koncie m.in.:
– 3 m MP aquathlon
– 1 m Iron Dragon 2013 open
– 1m żelazny bieg Okuninka 2013 open
– 4 m MP super sprint junior
– 1m Frydman triathlon 2013
– 1m Frydman triathlon2014

bieg wadowicki 2015

Błazen – absoluty na równiku to bluźnierstwo na biegunie

Błazenada (h)arlekina

Bohaterem tej z kolei opowiastki jest błazen, który błąka się gdzieś po czeluściach kultury, filozofii, sztuki, zostawiając ślady swojej błazeńskiej działalności i czasami robiąc ze swoich odbiorców i współtowarzyszy głupców większych niż on sam. Od razu jednak zaznaczę, że nazwanie błazna głupcem byłoby największym wobec niego przewinieniem. I co? Co się stało? Kiedy uciszono mądrość błaznów, wzrosło błazeństwo mędrków. Tak mówi Szekspir, a ja mu wierzę.
Wiecie, że jeden z uczonych stwierdził, że rola filozofii jest rolą błazeńską? Nie brzmi to w żaden sposób – ni zachęcająco, ni nawet uprzejmie. Upatrywać można przy tej okazji pejoratywnego znaczenia pojęcia błazna i jemu pochodnych – był on bowiem zabawką arystokratów. Kołakowski dodaje, że błazeńska filozofia jest tą, która demaskuje jako wątpliwe to, co uchodzi w danej epoce za najbardziej słuszne i niewzruszone, ujawnia sprzeczności w tym, co wydaje się być bezsporne, śmieje się ze zdrowego rozsądku, szuka racji w absurdach. Na tym jednak nie kończy się błazeńska propaganda. Podejmuje bowiem błazen (…) cały codzienny trud zawodu błazna razem z nieuchronnym ryzykiem śmieszności (…). Kontynuując: wysiłek błazna to wysiłek refleksji nad możliwymi racjami przeciwstawnych idei – w zależności od miejsca i chwili, myśli błazna mogą posuwać się po ekstremalnych wręcz torach myślenia. Świętości się zmieniają – te dzisiejsze były paradoksalne wczoraj, a „absoluty na równiku to bluźnierstwo na biegunie”.

błazen
Pokora z kolei, w swoim studium z ikonografii błazna udowadnia, że „świat błaznami stoi” – opisuje on postaci wesołków zaprezentowanych na piecu renesansowym w gdańskim Dworze Artusa, a przedstawiony wizerunek trefnisia może być dowodem na to, iż w hierarchii był on „instytucją” uprzywilejowaną bądź też kryjącą w sobie, w tym czasie, głębszy sens. Autor wyraża obawę, że złośliwy wesołek znów zrobi jakiś kawał, należy mieć zatem pewność siebie i tego, że konfrontując się z jego motywem trzeba posiąść umiejętność śmiania się z… siebie. Pokora interpretuje „kompanię błazeńską” gdańskiego zabytku, na którą składa się para trefnisiów, mnichów i chłopów. Nie bez przyczyny – według autora – pojawiają się tam również zakonnicy, co traktowane jest jako przejaw antyklerykalizmu, a jeszcze dobitniej – skojarzenie błazna-głupca z mnichem (co posiada starą, średniowieczną tradycję). Już św. Paweł wspominał o nicości ludzkiej mądrości wobec „głupstwa”, a w kościołach (do schyłku średniowiecza) organizowano legalnie rubaszne widowiska komiczne (testa stultorum). Nieodłącznym zaś elementem tych niecodziennych wydarzeń był błazeński król, biskup czy nawet papież – wszyscy zaś stawali się niczym innym jak błaznami bożymi.
Błazenada bowiem nikomu nie „odpuszcza”, a kultura późnego średniowiecza i renesansu zaadaptowała ochoczo błazna w charakterystycznym mu stroju i wizerunku. Do rozumnego arlekina z desek teatru Berezil jeszcze daleko – błazeńska kompania przedstawiona na cokole pieca tuż obok miejsca, gdzie podawano piwo (sama piwiarnia uchodziła za miejsce nader ekskluzywne) stanowiła znak – dla gości zapewne czytelny. Dodajmy, że postaci uosabiają treści w wymowie swojej negatywne, przestrzegają przed pijaństwem i łamaniem zasad (świadomie czy też nie) czyniąc coś zupełnie odwrotnego. Nawiązania pijaństwa i obżarstwa z błazeństwem było powszechne jak wspomniane łamanie zasad i przepisów przez upojonych eliksirem bogów bywalców piwiarni i Dworu Artusa. Występkiem (tu: występek jako błazeństwo) było oddawanie się grze zakrapianej.
Błazen między kuflami uczy wszystkie stany,
Trzeźwy raz, a dwa razy błazen jest pijany
Przyjrzyjmy się temu gdańskiemu, renesansowemu trefnisiowi i jego zewnętrznej krasie – nie dzierży on typowego dla tego okresu berła (la marotte) czy też elastycznej pałki, a w jego posiadaniu znalazło się natomiast okrągłe i osadzone na długim trzonku zwierciadło. Symbolika tego przedmiotu jest niezwykle szeroka i różnoraka. Oznaczać może zarówno próżność, głupotę, fałsz i pychę, z drugiej jednak strony – roztropność, wiedzę, prawdę i samopoznanie się.
Twarz błazna wykrzywiona grymasem bólu, a on sam sprawia wrażenie człowieka mierzącego się z chorobą, kieruje taflą zwierciadła w stronę widza, jak gdyby chciał powiedzieć mu antyczne przesłanie nosce te ipsum – poznaj siebie. Przy tej okazji można przekonać się o tym, jak marna jest natura człowieka, a pewność ludzkiej egzystencji zasadza się na jej przemijalności. Brant uświadamia – wszyscy jesteśmy błaznami, a gdy prawda ta dotrze do nas, stać się możemy mądrymi. Pokora kontynuuje – w ten właśnie sposób błazen-głupiec przemienia się w błazna-mędrca, znanego w epoce renesansu morosophusa. Jest on głosicielem prawdy, który ostrzega przed głupotą i tym, co głupota ze sobą niesie. Horacy z kolei radzi, aby chociaż na krótko mieszać głupotę z roztropnością. Ghapheus – humanista i profesor, autor komedii Morosophus czyli o prawdziwej i zmyślonej mądrości w celu określenia istoty błazeństwa wybiera następujące słowa: Nie pojmie nigdy prawdziwej Mądrości, kto nie wyzbędzie się przeświadczenia o własnym rozumie i nie zda sobie sprawy z tego, że nic nie wie. Trzeba bowiem, by dla pokuty należnej Bogu za głupców się uważali wszyscy, którzy jako i ten Błazen chcą naprawdę być mądrzy.

images

Erazm z Rotterdamu w swojej „Pochwale głupoty” przedstawia formę podawania prawdy iście błazeńską, taką, która urosła do rangi szczególnego stanu wolności mędrca. Często bowiem kojarzono błazna z uczonym – obie figury te głoszą prawdę, jednak często konstrukcja taka służyła krytyce reprezentantów świata nauki. Co mówi Schupp, protestancki teolog? Otóż stwierdza, że najzabawniejsi błaźni to uczeni, którzy nie chcą przyznać się, iż są błaznami, a głupotę swą usiłują bronić za pomocą gramatyki i logiki. Wnioski? Błazen reprezentuje świat przywar i grzechów, pokonany przez władczych, wesołek (jakkolwiek nie brzmi to poważnie) swoim postępowaniem dążąc do doskonałości, aby ostatecznie stać się wcieleniem cnoty.
Inne będzie spojrzenie, które upatruje w błaźnie postać dźwigającą świat, nawołującą do umiaru (np. odnośnie zakresu pełnionej przez rządzących władzy) i ograniczania się – w nadziejach, zamiarach, życzeniach. Może nie tylko błazen ale także i świat jest trochę „na opak”…

Wiosennego „świętego spokoju”

Niech będzie w tobie
pokój łąk. Nie wiesz, jakie
burze nadciągną, kogo
spotkasz w życiu, jakie
wydarzenia cię czekają.

Może nastaną
susze, przyjdą
mrozy, spadnie
śnieg – zszarzejesz, zblakniesz.

Może przedepczą cię
ludzie – to w tę, to w tamtą stronę,
przepędzą przez ciebie stado
bydła, roztratują cię gąsienicami
czołgów jak w powstaniu
warszawskim. I zdawać się będzie, że
już nic z ciebie nie

zostanie, tylko błoto.

Ale śniegi stopnieją,
lody puszczą,
przyjdzie deszcz – i zazielenisz się.

Niech będzie w tobie
pokój łąk. Wczepiony,
wrośnięty, wtulony w ziemię – w

Boga samego, przetrzymasz,
przeżyjesz, rozkwitniesz.

siepisze

Świętego spokoju i radości, ot co!

j.

rozmowy ciche i piękne

Co prawda tematem tej opowiastki nie jest meteoropatia, jednak odczuwalne zmiany nastrojów, myśli mniej lub bardziej czarne i sezon na „ale pogoda” zamiast kulturalnego dzień dobry to znane polskiej mentalności stany. Wyczekujemy wiosny i łakniemy słonecznej witaminy D jak spragnione miłości szczeniaki i każdorazowe „ale słońce” to powód i zachęta żeby opuścić zmęczone zimą cztery ściany. Nie pozostaję tutaj wyjątkiem i ujrzawszy słońce – ruszyłam na podbój starego miasta. A to, skąpane w wiosennym słońcu przemawia chyba do każdego z nas i wtedy znów można poczuć się jak turysta i na nowo odkrywać ukryte przez szaro-burość kilku miesięcy – zakamarki i miejsca lube.

***

Jeden z austriackich psychiatrów, nazwany przez jedną z gazet uniwersyteckich „lekarzem cierpienia” stwierdził ochoczo, że każdy człowiek posiada w sobie niejako wrodzoną wolą istnienia, a w każdym z nas drzemie pragnienie nadania głębszego sensu swojemu życiu. Mogę wypowiedzieć się tylko we własnym imieniu (całe szczęście!) i stwierdzę – tak, coś w tym jest. Czy dlatego, że „nadwrażliwość to mój wróg”, czy dlatego, że drzemią we mnie (jeszcze) niezrealizowane ambicje, a może przesilenie macza swoje palce w tej rozterce? I czemu przypisano autorowi tych – wzniosłych przecież – słów, tak smutny przydomek?

***

Podbój starego miasta odbył się wedle z góry założonego planu, nie innego niż zwykle. Spacer przez Grodzką i odwiedziny Składu Tanich Książek. Jako, że słońce jest w obecnym klimacie towarem niepewnym i nie stroni od żartów (czyt. bawimy się „w chowanego”) – nie wolno tracić czasu! Szybki wybór literatury, z którą będziemy randkować, stałe miejsce w którym parzą pyszną kawę i można poczuć się jak… detektyw. Tak, detektyw.

rozmowa

Syndrom „sąsiadki spędzającej życie w oknie” i wszystkie realiti szoł, którymi karmi nas wielki świat telewizji odbijają się piętnem na naszej ciekawości. Łapiemy się na tym, że przysłuchujemy się rozmowom, obserwujemy (a może po prostu: gapimy?) tak jakby ludzie obok nas – w kawiarni, tramwaju, na ławce – żywcem wyskoczyli z ekranu telewizora chcąc abyśmy ich podziwiali, komentowali, oceniali. Bili brawo i stawiali piątki – za ciekawe życie, niefrasobliwe wybory i wyuzdane opinie. Rozdajemy cicho-ciemne i nie całkiem ciche fakty o sobie krzycząc do telefonu i ściągając na siebie „uwagę publiczności”. Życie jest krótkie, a chwila uwagi nie może przecież trwać dłużej niż pięć minut.

***

Każda ławka i każdy stolik, na który padają promienie wspominanego już nie raz słońca-bożka to pięciogwiazdkowa przestrzeń szczęścia. Kawa – nektar życia, książka – ziemski dekalog. Wymienione tu przymioty nazwać można jednym słowem – W I O S N Ą! I jak tu się skupić – na książce, na wierszu, akapicie napoczętego rozdziału – kiedy dookoła rusza się wszystko to, co zamarło na czas zimy. Kolorowo i szumnie, każdy daje znaki – oto jestem, znów żyję! Rozmowy toczą się głośno, a może zbyt głośno? Czy wszyscy zapomnieli na czym polega dialog? Tuż obok grupa młodych ludzi manifestuje swoją obecność i para się trudną sztuką rozmowy. Nie wyszło, nie tym razem.

Grupa śpiewa, wyśpiewuje – a każdy odgrywa swoją rolę – mamy wielu solistów, każdy dzierży własne skrzypce. To nie sztuka, w której każdy „aktor” posiada swój akapit, nawiązujący do treści innego. To monodram, a ludzie toczą swoje monologi. Jaka szkoda, że zabrakło konferansjera, który wskazywałby paluszkiem „czyja teraz pora”. Jaka szkoda, że z tej gromkiej pieśni wyszedł znów zakalec. Jaka szkoda, że cały alfabet wysypał się na ziemię i wszystko się pomieszało. Może kiedyś pozbieramy te głośne literki, może jeszcze da się ułożyć je w jednym rzędzie i sprowadzić do wspólnego mianownika. Potłukły się literki od machania rękami – kiedy słów brakuje tworzymy zgrabne wygibasy, pomagamy rękoma stworzyć barwniejszy spektakl. Ciągle walczymy.

Po prawej stronie zgoła inna rozmowa. Bezgłośna, wyrazista, sugestywna. Dwoje starszych ludzi, którym los poskąpił słuchu rozmawia inaczej. Z ust nie wydają się niemal żadne dźwięki, a dłonie spoczywają niezgrabnie na tlącym się papierosie. Ileż oni mówili! Ile tematów – dla nas niedostępnych – poruszyła para ust, dwie pary oczu wymieniły tyle spojrzeń, które ciągle mijają się nam – krzykliwym mówcom. My nie odgrywamy roli słuchacza. Tak rzadko ta rola przypada nam w udziale i do gustu – nie chcemy jej – czujemy się, jak gdyby odbierała nam miejsce na scenie. Nikt nie chce wylądować za kurtyną. Bezgłośny i piękny dialog rozgrywa się wtedy, kiedy przestajemy mówić i często – te słowa najważniejsze – padają tak cicho, że łatwo ich nie dosłyszeć.

***

A może z rozmową jest właśnie tak – pijemy – wodę i wino, wino i wodę – a ciągle pozostajemy spragnieni.

Teatr bez granic, teatr zza granicy – co nieco o ukraińskiej scenie teatralnej

Nudny jest teatr, w którym na scenie nie widzisz ludzi, a aktorów.

O teatrze pisze się i mówi dużo. Teatr – jedno słowo, które mieści w sobie tak wiele niezliczonych aspektów. Od czego zacząć? Może od początku. I podobnie jak z miłością – coś sobie można na ten temat wydukać albo powołać się na „literaturę przedmiotu”. Istnienie wiatru można poczuć, można zobaczyć skutki jego działalności, kto jednak powie: spotkałem wiatr? Teatr jest zjawiskiem trudnym, można go kochać, nienawidzić, można odnieść się do niego z obojętnością bądź umieścić w szufladzie: nuda.
Można przywołać wiele haseł definiujących teatr czy relację widza ze sceną. Stanowi wedle jednego z nich – pojednanie sceny i sali, w której siedzą widzowie nawiązując bardzo intymny związek aktora z tym, który go ogląda. Z pewnością magiczne jest to, że na scenie znajdują się często rozliczne przedmioty, elementy dekoracji, które tworzą pewnego rodzaju mikrokosmos, a sam aktor tworzy nową, inną rzeczywistość. Często może się wydawać, że my – siedzący w wygodnych bądź mniej wygodnych – fotelach, czujemy, jak gdybyśmy patrzyli na tą „realność – nierealność” niczym przez dziurkę od klucza.

teatr

Teatr stanowił dla narodu ukraińskiego wartość ogromną. Oczywiście ingerencja – głównie rosyjska – nie pozwalała na rozwój stricte ukraińskiego teatru i jedyne aspekty narodowe na jakie pozwolić sobie mogli twórcy teatralni były to elementy związane z kulturą wiejską i ludową, co powodowało, że oferta teatralna była nie tylko ograniczona, ale także nudziła jego odbiorców. Po dziś dzień spotkać możemy na Ukrainie bardzo dużą ilość teatrów amatorskich, które szukają własnej drogi. Dlaczego? Narzucana już od władzy carskiej, potem przez władze komunistyczne, a następnie bolszewickie, kultura rosyjska odcisnęła na Ukraińcach duże piętno. Obecnie, kraj ten uważany jest za postkolonialny i ma niemałe problemy z odszukaniem czy też zaakceptowaniem własnej spuścizny narodowej. Szeroko pojęta władza chciała, aby Ukraińcy „odbębnili” swoje życie tak jak godzinę w teatrze, odegrali swoje role przyzwoicie i bez emocji.

Początki teatru na Ukrainie związane są z obrzędami i zwyczajami, które pozwalały uczestnikom – zabaw i świąt – na odgrywanie ról i ucieczkę od rzeczywistości. Obrzędy te stanowią praelementy teatralne, którym towarzyszyła muzyka i śpiew. Należy dodać, że ma to związek z funkcją estetyczną obrzędów, ukazywaniem stosunków pomiędzy ludźmi czy też stosunku człowieka do przyrody. Związane są one także z porami roku (kolędowanie, pieśni wielkanocne) i wydarzeniami z życia człowieka. W tym kontekście niezwykle ważne i bardzo teatralne będą obrzędy: wesela (a wcześniej zaręczyny i swatanie pary) i pogrzebu.
Jednym z najbardziej znamienitych i charakterystycznych świąt tego typu jest święto Kupały, obchodzone w nocy z 23 na 24 czerwca. Wedle słów jednego z ukraińskich teoretyków teatru, który badał obrzędy w kontekście dramaturgii obrazowo-artystycznej – kupalna noc – to noc czarów, kiedy szczęście ludzkie chodzi po świecie, ale w tą noc wolność mają także wszystkie tajemne siły lasu, pól, wody i gór, a serca młodych bóg Kupało wypełnia miłością.
Dziewczęta i chłopcy w wigilię święta Kupały zbierali się na polanie, najczęściej nad jeziorem, by przy ognisku bawić się i urządzać typowe dla tej nocy gry i zabawy. W rękach trzymali gałęzie i drwa, które dziś moglibyśmy nazwać teatralnymi rekwizytami. Kobiety zapalały świeczki, szły nad wodę i puszczały wianki wraz z nurtem rzeki. Obrzęd ten miał na celu ukazanie, która z panien jako pierwsza stanie na ślubnym kobiercu. Młodzież udawała się także na cmentarz, brano ziemię z najmłodszej mogiły i rozsypywano ją na progach domów lub po wsi. Odważne tej nocy dziewczęta oczekiwały na wiedźmę, którą należało zakopać w ziemi, aby nie pojawiła się więcej aż do następnego roku… Uczestnicy nocy Kupały wykonywali różne czynności, posiadali rekwizyty, tańczyli i śpiewali specyficzne dla tego „przedstawienia” pieśni, które miały zwykle charakter dramatyczny. Były to praelementy teatralne, nie chodziło bowiem o wcielenie się w jakąś postać za pomocą kostiumu, wiedźma, która stanowiła kluczowy punkt spektaklu nie była obrazem artystycznym, a realną siłą.
Obecnie święto Kupały nadal jest kultywowane na Ukrainie i Białorusi. Młodzi ludzie starają się odtworzyć – tym razem za pomocą strojów, wianków, instrumentów czy pieśni – obrzęd czerwcowej nocy.

Obrzędy zaczynały się zmieniać. Bohaterowie mityczni tracą swoją sakralność, w szereg uczestników zabaw i korowodów wprowadza się większą ilość bohaterów. Maskarady czy bale przebierańców pełne były wizerunków zwierząt (np. korowody z kozą, które przechodziły w niezależne widowiska; obrazy zwierząt były totemistycznym wyobrażeniem Słowian). Ważny był taniec, muzyka czy także pantomima, która następnie ustępuje formie dialogowej.
Teatralizowane były również obrzędy związane z weselem i pogrzebem. Używając terminów związanych ze spektaklem, z pewnością można powiedzieć, że wszystkie czynności, których finałem było huczne wesele dzielą się na trzy akty: swatanie, zaręczyny oraz wesele. Łączą one w sobie elementy tragiczne i komiczne, żart i łzy, a aktorami w tym bogatym przedstawieniu są młodzi, rodzice, druhny, chór – związany z elementem dramatycznym (śpiew). Można tutaj wyróżnić wiele odrębnych scen, które realizują się na poziomach: obrazowym, związanym ze słowem oraz pieśnią. Typowym dla ukraińskiej uroczystości weselnej jest chleb korowaj, który musi zostać upieczony przez zamężną kobietę, jeśli młoda dziewczyna nie chce wyjść za mąż, aby odmówić kawalerowi daruje mu kawałek dyni (z pewnością o wiele łatwiej ponieść tę porażkę jedząc dynię zamiast czarnej polewki, czyż nie?).
Obrzęd pogrzebu jest nie mniej bogaty. Umarły w pogańskich wierzeniach jawi się jako niebezpieczny demon, a jednocześnie jest tym, „kto czyni dobro”. Pogrzeby osób, które były niezamężne powielały czynności z typowego wesela – aby umarły zaznał ich na swojej ostatniej drodze. Osoba zmarła musiała leżeć w domu przez dobę, a w jej obecności nie można było zabijać żadnych owadów ponieważ w nich mogła znajdować się jego dusza. Należało także ustrzec go przed złymi duchami i przeciwdziałać sile śmiercionośnej, która czyhała sobie – według wierzeń – na innych kandydatów. Nie bez znaczenia były również tak zwane płaczki, które wykonywały pieśni, mające pożegnać umarłego oraz sprawić, że jego dusza będzie skora do pomocy tym, którzy zostają na ziemi.

Wymienione przeze mnie, ludowe i pogańskie elementy (jedne z wielu) ulegały przeobrażeniom wraz z przyjęciem chrześcijaństwa. Niektóre z nich znikały, inne zmieniały swoją formę. Sztuka teatralna jest sztuką różnorodną, nie żyje sama dla siebie. Na ukraiński teatr wpływ miały przeróżne kwestie i elementy – filozofia, inne rodzaje sztuk, jak plastyka czy muzyka. Zmianie ulegały również koncepcje na to, jaki powinien być aktor, scena czy reżyser. Ciekawym ukraińskim teatrem, wartym wspomnienia, jest również teatr huculski, który wystawia spektakle do dzisiaj, a jego aktorami są Hucułowie, którzy odgrywają samych siebie, ukazują cechy swojej małej ojczyzny, a kostiumami są ich codzienne stroje.
Jaki jest ukraiński teatr dzisiaj? Jest to pytanie trudne. W kraju, który jest tak różnorodny w każdej sferze życia – społecznego, kulturalnego, politycznego itd. Kraj pomiędzy wschodem i zachodem, ciągle szukający własnej tożsamości – z większym lub mniejszym skutkiem i powodzeniem.

Współczesna ukraińska scena stanowi dwie mapy teatralne, wzajemnie na siebie oddziaływujące. Pierwsza z nich, określona w latach pięćdziesiątych XX wieku stanowi tradycyjne, państwowe teatry, które literatura nazywa nacjonalnymi bądź akademickimi. Druga jest bardziej elastyczna, ulega ciągłym transformacjom, a jej początek przypada na lata osiemdziesiąte. Na Ukrainie mamy obecnie dziesięć teatrów narodowych, a wśród nich pięć oper. Oprócz tego, nasi sąsiedzi tworzą różnego rodzaju kolektywy, które stawiają sobie za cel reprezentację sztuki teatralnej w różnych regionach całej Ukrainy. Jest to forma wyrazu, która sprawia przyjemność nie tylko widzom ale także aktorom. Małe amatorskie teatry znalazły swoje miejsce w prywatnych mieszkaniach, gdzie całość scenografii stanowią meble. Wśród amatorskich grup odnajdujemy również miłośników eksperymentu, którzy chcą szukać swojej drogi, a wcześniej – kierunku – sztuki, która jest inna od tej państwowej, takiej, która czyni rozrachunek historii i literaturze. Ciekawym projektem będzie tutaj lwowski „Teatr w koszyku”. Jego założycielka, teatrolog – Irena Wolycka – stara się w swojej twórczości oraz swoją twórczością protestować przeciwko tak zwanej ukraińskiej klasyce i postanowiła znaleźć coś innego – ceni sobie minimalizm na scenie, ukazuje obrazoburczą sztukę ciała aktora, wykorzystuje taneczne intermedia. Chce spojrzeć na kulturę ukraińską z innej perspektywy, często z dozą autoironii, której – według niej – Ukraińcom brakuje.

Według badaczy, współczesny ukraiński teatr bardzo podobny jest do ludzi – jest mozaiką, jest różnorodny, często zbudowany na zaprzeczeniach. Można pozostawać w nadziei, że prawdziwa sztuka obroni się sama, a jeśli mielibyśmy zacząć od początku – zacznijmy od teatru, jak uczestnicy magicznej kupalskiej nocy.

Białoruś w pryzmacie piwa

Jest maj, siedzisz sobie nad Wisłą, jak połowa krakowskiej populacji, aura zmusza cię do tego żeby nie robić nic, co włosi nazywają uroczo i śpiewnie – la dolce niente – lecz my siebie nie oszukujmy – to zwykłe lenistwo. Predysponowany jesteś do tego, żeby nie robić nic – jest zbyt pięknie, bo na słońce czekałeś dobrych kilka miesięcy. Czujesz się w związku z tym zupełnie usprawiedliwiony. Dzwoni telefon. Znów telefon, bo niektórzy w maju już myślą o sesji (eeee) i uważają, że znalazłeś się w posiadaniu magicznych notatek – wyświechtanych, prymitywnych potrzeb studenta. Wersja dla optymistów – chcą cię wziąć na piwo albo nie mają pieniędzy. W porządku. Ty ich nie miałeś w zeszłym miesiącu, więc wypada odebrać. Kolega od razu mówi: chodzi o pomoc. Uważasz się za człowieka w miarę możliwości dobrego, mama wpajała empatię, serce masz duże i tak dalej. Ale w maju? No nic, pomoc. Przyjeżdża grupa studentów z Białorusi. Skąd? Z Białorusi, no tak. Przecież jest ich tutaj tyle co Włochów czy Hiszpanów. Racja, normalna sprawa, przyjeżdża grupa studentów z Białorusi akurat wtedy kiedy ty siedzisz sobie nad Wisłą i czujesz się spełnionym człowiekiem. Nie mają gdzie spać ponieważ twoja uczelnia znów naobiecywała za dużo – oczywiście odbędą się wszystkie zaplanowane atrakcje, związane z konferencją naukową, na którą owi goście telepali się kilkanaście godzin pociągiem – ale spać nie ma gdzie. Myślisz sobie, co za polska gościnność i to w dodatku uniwersytecka! Potem słyszysz, że powinni spać u ciebie (czyt. u mnie) bo ty masz mieszkanie studenckie, a studenci są otwarci, bo masz materac (sam widziałem, ostatnio!) blisko do rynku i jesteś akurat dziewczyną więc możesz kilka ich tam – studentek z Białorusi – przygarnąć. Aha, oni już czekają na dworcu – ale skoro siedzisz nad Wisłą i nic nie robisz to na pewno zaraz tam będą, a ja im napiszę kartkę z twoim imieniem, żebyś od razu ich znalazła.
Myśli w twojej głowie obierają jakiś dziwny kierunek. Ale co masz zrobić. Ogólnie rzecz biorąc jest maj i jak połowa krakowskiej populacji siedzisz nad Wisłą i nie robisz nic. Ale sytuacja uległa zmianie, bo ktoś na ciebie czeka, pewnie na ciebie liczy i akurat się tak składa – nie ma gdzie spać. Łapiesz się na tym, że serce ci się kroi i ruszasz. Nie wiesz nawet kiedy i jak… zaczyna się twoja przygoda.
Dziewczęta z Grodna okazały się fantastyczne, takie z twojej bajki. W pięć minut twój ubogi stolik, w równie ubogim (ale otwartym) mieszkaniu studenckim napełnia się podarunkami i produktami żywnościowymi, które mają umilić nam wieczór. Dziewczyny nie wiedziały gdzie będą spały, ale były gotowe na wszystko (łącznie z noclegiem pod mostem, twarde są z nich zawodniczki, o tak) i zawsze – gotowe odwdzięczyć się białoruskimi dobrami. Mówią, że tak uczą ich mamy – bez względu na to, czy ty jesteś gościem, czy też gościsz kogoś u siebie – podaruj coś. Kiedyś to dobro do ciebie wróci, chociaż najpierw dostaniesz lanie (mówią, że to filozofia białoruska, na którą wpływ ma władza na szczeblu wszelakim).
A teraz chwila prawdy. Co wiesz o Białorusi? O co możesz zapytać nowo poznane osoby, które walczyły trzy miesiące o wizę, żeby wjechać do Polski – wejść, niczym przez szafę do wyczekiwanej Narnii? Tak, do naszej Polski, na Zachód, drzwi otwarte do krainy wspaniałości. Myślisz sobie – podróże, co tam fajnego zwiedziły. A potem łapiesz się na tym, że są więzione we własnej ojczyźnie i hasło „tanie linie lotnicze” nie przechodzi ci przez gardło. Dziewczęta widzą, że aż się pocisz z nerwów, żeby ich nie urazić, klepią cię po ramieniu i mówią, łamanym, jednak urokliwym językiem polskim: nie przejmuj się, jesteś dobra, zaraz na pewno się poznamy.
Białoruś. Co o niej wiemy? Myślimy: Łukaszenka, potem długo, długo nic i znów… Łukaszenka. Ktoś powie: biedni ludzie. I co więcej?
Grupa owych studentów przyjechała z Grodna, z uniwersytetu im. Janka Kupały z wydziału historii. Swoje doświadczenia z konferencjami naukowymi – choć znikome i niepoważne posiadłam i wiedziałam czego się spodziewać. Kilku bardzo intensywnych dni, bardzo intensywnego smakowania lokalnych potraw, najczęściej w formie lanej, tudzież czystej. Moi przyjaciele postanowili nie tracić ani godziny. Nie wiadomo kiedy i czy w ogóle będzie jeszcze okazja na wyjazd z kraju. Zapytali grzecznie, czy muszą koniecznie spać zdrowo, sześć godzin. Muszą zobaczyć Kraków nocą, Kraków o wschodzie słońca, Kraków rano, Kraków przez mgłę itd. Co robisz? Nie wiesz, czy jeszcze ich spotkasz, a są naprawdę mili, ciekawie opowiadają o swoim życiu w tym „łukaszenkowskim kraju” o którym nic nie wiedziałeś. Mówią o tym, jak wyglądają zajęcia, o historii – tej z książek i tej od „dziadka i babci”, o tym co trzeba, a czego nie wolno. A co można? Wykonywać obowiązki i cieszyć się, że miasto jest tak czyste – patroluje je większa ilość milicjantów niż możesz sobie wyobrazić.
Ale żeby mówić potrzeba czasu. I alkoholu. Ostatecznie przyjazd zapewniły im – polska i białoruska uczelnia, a ty przyjeżdżasz i nie umiesz się odwdzięczyć ani jednym dobrym słowem o swojej ojczyźnie. A przecież ją kochasz – jest taka piękna. Lasy, jeziora, pamiątki historyczne. I nie wiesz czy mówić możesz – o tym, jak ci źle, a twoja przyszłość jest już zaklepana. Jeśli studiujesz płatnie – hulaj dusza – znajdujesz pracę, męża/żonę, zakładasz rodzinę i po prostu jesteś. Nic więcej się od ciebie nie chce – bądź, najlepiej w milczeniu sobie egzystuj, ale nie przeszkadzaj. Wtedy będzie dobrze. Jeśli studiujesz bezpłatnie, czeka cię odrabianie daniny. Jedziesz na cztery lata (co jakiś czas termin pracy w ramach odrabiania możliwości bezpłatnej nauki ulega zmianie) jako nauczyciel do wiosek i czekasz na jakiś weekend, kiedy wrócisz na chwilę do domu. Jest w miarę okej, jeśli masz dostęp do Internetu i cieszysz się szacunkiem w wiejskiej szkole – jeśli tylko egzystujesz sobie w milczeniu i nie przeszkadzasz.
Co ty możesz zrobić? Chcesz im zapewnić fantastyczny i niezapomniany czas. Nie dlatego, że czujesz współczucie czy coś w ten deseń, ale po prostu polubiłeś tę wesołą gromadkę, która śpiewa ludowe piosenki. Wiesz więcej na temat ich kraju i faktycznego życia. Kiedy czują, że mogą ci zaufać – mówią – a bardzo tego potrzebują, jak każdy człowiek, któremu siedzi coś na wątrobie (twoja wątroba, notabene, będzie ten czas wspominać bardzo długo). Ileż to razy, na wieczornych imprezach w „otwartych mieszkaniach studenckich” słuchałeś po-trosze-pijackich wynurzeń znajomych? Pewnie się zdarzyło. Jakie jest wynurzenie przyjaciół z Białorusi? Piękne i smutne. A nazywa ono się, a nazywa się… wolnością. Pewnie nie umiemy tego do końca pojąć i zrozumieć, żyjemy w demokratycznym i wolnym kraju, na który możemy psioczyć do woli. Dużo i głośno.

35040_1478628536174_2345755_n
Irenka zaprosiła mnie do siebie, na Białoruś. Wydawało mi się to zupełnie nie do wykonania. Procedury, jakie trzeba spełnić, opłata za wizę, czekanie na decyzję ambasadora w Warszawie, czy wiza zostanie wydana. Tuż przed wejściem do ambasady powitała nas duża, wyblakła tablica z napisem: witamy w turystycznym kraju! Kiepski żart.
Wiza została nam jednak wydana. Na Białorusi byłam już trzy razy. Rok w rok sytuacja się zmienia i pogarsza. Trudniej jest odwiedzać przyjaciół, my – Polacy, w związku z empatią, jaką kierowaliśmy do Białorusinów, w związku z wyborami prezydenckimi w 2010 r. – straciliśmy sporo punktów u pana dyktatora. Każdorazowo czuję się tam jak księżniczka – trochę zakompleksieni Białorusini tak bardzo się cieszą, że ktoś, kto posiada możliwość wyjazdu „na Zachód” fatyguje się do ich kraju. Rozmawiając z ludźmi, czujesz, że nie zawsze mówią to, co czują – boją się lub nie chcą. Inni mówią, że tak jest lepiej, bo tam u was seksy i afery – a u nas – spokój. Z kolei ci najbardziej radykalni twierdzą, że naród, który wybiera kiełbasę zamiast wolności, nie zasługuje ani na kiełbasę, ani na wolność.
Ale to już temat na inną historię, może następnym razem, nad Wisłą….

Trener z ludzką twarzą. W ogniu pytań – Rafał Żegleń

Kompetencje/kwalifikacje – absolwent kierunku wychowanie fizyczne na Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie, absolwent kierunku wychowanie fizyczne z odnową biologiczną i gimnastyką korekcyjną (Nowy Sącz) , trener personalny spec. kulturystyka i żywienie, instruktor narciarstwa, instruktor piłki ręcznej, instruktor piłki nożnej, gimnastyki korekcyjnej. Syn, brat i przyjaciel.

Trener z ludzką twarzą

Byłoby nieco niegrzecznie nie dopuścić do głosu głównego zainteresowanego, pod adresem którego posypało się tak wiele pozytywnych słów i z pewnością zasłużonych komplementów. Klienci trwający przy nim już nawet trzy lub dwa lata to chyba najlepsza wizytówka i dowód, że Rafał to porządna, jednoosobowa firma. Co więcej – zażyłość i nazwijmy to jeszcze inaczej – oddanie i lojalność – przekładają się na inne sfery życia i wykraczają poza przestrzeń siłowni. Trener klientowi, a klient trenerowi towarzyszy w innego rodzaju ważnych wydarzeniach „z życia wziętych”. Trochę o byciu trenerem i góralem, ex-piłkarzem i… po prostu sobą.

If I can take it, I can make it…

Po takim czasie nawet słowo ‚klient’ wydaje się być nie na miejscu. Niektórzy stali się znajomymi, inni – przyjaciółmi. Kto próbował ten wie, że godzina treningowa spełnia o wiele więcej zadań, przy czym kluczowym jest wycisnąć z ofiary resztki życia utrzymując, że „wszystko to dla Twojego dobra”. A co robić, żeby nie zanudzić podopiecznych i nie zniechęcić do cyklicznych i regularnych ćwiczeń? On tylko jeden wie i mamy nadzieję, że zdradzi trochę swoich sekretów… chociaż na wstępie przyznał, że mówienie o sobie nie jest łatwe, nie stanowi też nawet nikłej formy przyjemności. Na celowniku Rafał – trener personalny dziedzin rozlicznych, czego dowodzi praktyka, a zwłaszcza opinie: Kasi, Rafała i Alexa zaprezentowane we wcześniejszej części tego fit-elaboratu.

raf
Pracuje obecnie z Rafałem dwadzieścia osób. Oni z nim, a on z nimi, bo w tego rodzaju relacji nacisk stawia się na zaangażowanie obu stron. Nikogo nie można zmusić do radosnych wygibasów czy życia z regularnym piętnem zakwasów 🙂
Forma rozmowy z przyjacielem, którą – wedle „najnowszych” standardów można zarejestrować na (mniej nowoczesnym) nośniku, w celu zatrzymania na własność i wieczną pamiątkę każdego słowa i myśli nie była – wbrew pozorom – rozmową łatwą. Czemu? Jak spojrzeć na siebie z boku i jak ocenić to, jaki jestem w konfrontacji z tym, jak widzą mnie inni? W jaki sposób opisać codzienną pracę i relację z napotykanymi ludźmi – czy możliwe jest uchwycenie jej w kilku marnych słowach i w dodatku… na swój temat? Uf.

Góral z sercem na dłoni

Po dłuższym zastanowieniu Rafał wybiera z całej palety możliwości, jaką niesie ze sobą język polski oraz semantyka słów – naturalność, jako cechę charakteryzującą go jako trenera. Dlaczego? Nikogo nie udaje i stara się robić to, co do niego należy w najlepszy z możliwych sposobów po to, aby osoba, z którą pracuje była zadowolona. A dwadzieścia osób chyba zadowolić niełatwo, prawda? Dwadzieścia osób, z których każda ma inny cel i przychodzi na siłownię „po coś”, w określonym (bądź mniej określonym) celu i z pewnej przyczyny. Jeden chce schudnąć, drugi zaopatrzyć się w tkankę mięśniową, ktoś znowu chce się trochę poruszać i oderwać od biurka. Inny jeszcze marzy o medalach, ktoś pływa lub pracuje naukowo, a siłownia staje się przestrzenią innego rodzaju zmęczenia (jak szaleć to szaleć, na całego!). Zastanawiające jest dla mnie – w jaki sposób dba się o formę tylu osób – o coś, co nie należy do Ciebie? Szeroko pojęta „forma” nie jest przecież tak „namacalna” jak działka uprawna, nie jest tak mierzalna i „uprawianie” jej nie wydaje się być tak oczywiste. To pewnego rodzaju operowanie czyimś ciałem? Głowa mała!
Jestem jedynie narzędziem pomocniczym. Jeśli ktoś nie chce – nie pomogę mu się zmienić, mogę tylko nakreślić tę przecież trudną drogę do tego, wyznaczam cel i stawiam drogowskaz. Na tym polega moja rola – twierdzi Rafał.
Urodzony w Zakopanem (co często podkreśla z dumą lokalnego patrioty) i wychowany w malowniczej Naprawie uważa, że ta „góralszczyzna” przejawia się w jego osobowości. Ma związek z wychowaniem oraz wyniesionymi z domu wartościami. Znaczenie posiada również wieloletnia służba w Ochotniczej Straży Pożarnej, która hartuje, uczy bycia czujnym, odpowiedzialnym i po prostu pomocnym. Dobrego serca (jakkolwiek to określenie wydaje się być niemodne lub staroświeckie) nie można nikogo jednak nauczyć i niewiele ma wspólnego z procesem przyswajania tabliczki mnożenia.

Muszę przyznać, że w Krakowie nie nauczyłem się niczego nowego. Na pewno jednak to miasto posiada zupełnie inne środowisko, trzeba również być mocnym żeby się „nie dać”, twardo stąpać po ziemi, wiedzieć czego się chce i unikać złego towarzystwa. Łatwo przepaść. Staram się trzymać właśnie tych zasad i tych wartości, które podarował mi rodzinny dom.

Be fit or die

Obserwując rynek pracy (czyniąc swojego rodzaju skrót myślowy) związany w dużej mierze z modą (oby została na dłużej, stała się czymś więcej i oderwała się od tego, że moda jak to moda – lubi „być na pokaz”) na szczupłą sylwetkę, piękne ciała i zdrowy tryb życia – trenerzy rozplenili się jak grzyby po deszczu. Brzmi to może nieco ironicznie i trochę z przekąsem. Wydaje się, że aby być trenerem nie trzeba się męczyć na studiach ani pisać nudnej i nikomu niepotrzebnej do szczęścia magisterki. Trenerem – o ironio – można się po prostu zatytułować, przybić piąteczkę i cześć. Stąd ta nutka ironii – obserwując tych samozwańczych trenerów na siłowni można zauważyć jak często i z przyjemnością szukają swojego odbicia w lustrach i nie zauważają, że zakompleksiona pani X czuje się bardzo nieszczęśliwa.
Oczywiście nie wolno wsadzać wszystkich do jednej szuflady i niepotrzebnie generalizować. Na tej samej siłowni spotykamy profesjonalnych, skupionych na pracy, doświadczonych trenerów. Bo tutaj nie potrzeba studiów, ale doświadczenia i wiedzy. Oczywiście – nie ma mocnych – doświadczenie zdobywa się poprzez pracę właśnie, i nie raz, nie dwa popełnia błędy (jak w każdym fachu). Lukę pomiędzy brakiem doświadczenia, a jego zdobywaniem wypełnia pokora, która pomaga nie tracić zmysłów i przypomina do czego na siłowni ma służyć lustro.
Według Rafała dobry trener to trener kompetentny, pracowity i naturalny. No dobrze, ale jaki jeszcze? Te trzy przymioty powinny znaleźć się w posiadaniu przedstawicieli fachów wszelakich, a każdy z nich posiada wyjątkowe, specyficzne mu cechy. Na czym ma polegać ta naturalność u trenera?
Ważna kwestia jest taka, aby nie robić z siebie bożka, który poprawia włosy podczas treningu z klientem. Lustro ma pomagać w obserwacji postępów, ma uchronić  przed nieprawidłową techniką wykonywania ćwiczeń – mówi.
Rafał, zanim rozpoczął swoją przygodę z „trenerowaniem” w jednej z krakowskich siłowni, przeżył sytuację, która – jak mówi – wymusiła na nim zapoznanie się z panią pokorą. Zaprawionemu w boju, oddanemu pasji i zakochanemu w niej bezgranicznie – piłkarzowi – przydarzyła się bolesna kontuzja, która unieruchomiła go na kolejne sześć miesięcy. Nikomu nie życzę, aby przez to przechodził – niemożność grania w piłkę nożną była okropna, niemożność jakiegokolwiek niemal ruchu – jeszcze straszniejsza.
Minęło już cztery lata odkąd podczas meczu (drużyna Jordan Jordanów, w której Rafał grał 5 lat i osiągał sukcesy na zielonej murawie) doszło do złamania obu trzonów kości podudzia. Nagle okazało się, że… najważniejsze jest zdrowie, a życie znów strzeliło gola i przy okazji dało kopa – nie zawsze liczy się jedynie chwila, która trwa. Warto spojrzeć na świat z nieco szerszej perspektywy i docenić wartość zdrowia (ostatecznie Kochanowski na fraszkach się znał). Po kontuzji Rafał rozpoczął rehabilitację oraz żmudny proces odbudowy mięśnia na siłowni. Odbudowanie nogi trwało cztery miesiące, a uwieńczeniem był kurs instruktorski spec. kulturystyczna. Kurs okazał się być przydatny głównie ze względu na to, że wszędzie trzeba mieć papierek poświadczający: jestem super, jestem trenerem (temat na inną historię lub lament), stanowił swojego rodzaju dopełnienie wiedzy zdobytej na studiach. Nastąpił czas zmian – do lamusa odszedł studencki i beztroski okres, widma kontuzji też powoli ulotniły się w niepamięć – pora iść dalej. Dzień dobry, dorosłości, bądź dla mnie łaskawa.
Co dała pierwsza praca na siłowni? Rafał wymienia: możliwość poznania wielu wspaniałych ludzi, rozwój zawodowy, poszerzenie kompetencji. Cała masa pozytywnych emocji związana głównie z ludźmi, których codziennie przewijała się na siłowni cała masa.
A co dalej?

Plany zawodowe związane są póki co z tym, co robię teraz. Chcę osiągać jako trener coraz to lepsze wyniki z klientami, bo przed nimi kolejne cele. Oczywiście – odpowiadając na Twoje pytanie – tego rodzaju zawód grozi wypaleniem. Dużo zależy jednak od charakteru i osobowości. Staram się nie tracić żadnego dnia – każda godzina jest cenna, zwłaszcza, że rozwijam inne projekty zawodowe i sam poświęcam się tej pasji, którą chcę zarazić klientów. Mimo wszystko (chociaż bez zbytniej przesady) wygląd trenera świadczy w jakiś sposób o jego wiarygodności, jednak jak wszyscy narażeni jesteśmy na kontuzje. Nie chciałbym, aby ktoś powiedział o mnie, że „szewc w dziurawych butach chodzi”. Ćwiczę, planuję, rozwijam się i uczę nowych rzeczy. Co mi w tym pomaga? Muzyka rano, zamiast kawy, ale jaka – nie zdradzę – wystarczy minąć mnie na światłach 😉
Podobno (podobno, głowy nie daję) nie ma recepty na udany związek. Oczywiście są takie rzeczy, które robić trzeba, innych – nie należy, wiele jednak uzależnione jest od charakteru dwóch osób i stopnia uczucia w skali 1 do 10 😉 A czy jest recepta na udaną relacje trenera z podopiecznym? Niedługo minie trzy lata, odkąd Rafał pracuje z Tomkiem i Wojtkiem. Nie zagraża im nuda, a tematów do rozmowy z tygodnia na tydzień coraz więcej.
Rozmawiamy, a przy tym robimy coś pożytecznego. Nie mogę pozwolić sobie na to, aby w moje zajęcia wdarła się nuda. Przyznam jednak, że wcale się tego nie boję – mam jeszcze wiele pomysłów i zaserwuję moim drogim klientom jeszcze wiele niespodzianek. Za zakwasy ręczę, zażaleń nie przyjmuję 😉 Co lubię najbardziej? Kiedy widzę, jaka dokonuje się po treningu przemiana. Wystarczy poskakać, porobić przysiady i inne ćwiczenia, aby zestresowany i sfrustrowany pracą lub problemami klient wychodził z treningu bardzo zmęczony, ale też szczęśliwy. Na ten najfajniejszy, sportowy sposób.

Wszystko, co robisz w życiu rób… dla radości.

Co może zrobić hipotetyczny Iksiński, któremu świat legł w gruzach (a mowa tu o gruzach w wymiarze szeroko pojętej estetyki, dalekiej od zapatrywań Rubensa)? Możecie stwierdzić: kult umysłu, a nie ciała. Czy nie jest jednak tak, że życiowa harmonia to kombinacja wielu elementów, również tych (a może zwłaszcza) związanych z naszym ciałem i sylwetką, która rwie się, aby zdobywać świat? Od porannego spojrzenia w lusterko/u (bądź unikanie takowego) zależy wielokrotnie to, z jakim nastawieniem opuścimy bezpieczne cztery ściany pokoju, a… jeśli ruch jest przyczyną wszelkiego życia – do czego przekonywał Leonardo da Vinci, a z pewnością jest on personą wiarygodną – musi coś w tym być – od ruchu wszystko się zaczyna, bez niego – kończy.
Po co mówimy o Iksińskim, którego zaczęło przybywać… wzdłuż i wszerz? Którego pewność własnych możliwości uplasowała się na poziomie -1, a zadyszkę łapie po dziesięciu schodkach, które pokonać chciał – jak za dawnych czasów – jak sarenka na polanie? 😉 Iksińskim może być każdy z nas, każdy narażony jest na przypadłości związane z (za)szybkim tempem życia, uwiązaniem do biurowego stołka, jedzeniem byle gdzie i byle czego. Byle do lata!

raf

Motywujące („motywujące”?) słowa wielokrotnie docierające do Iksińskich z otoczenia: zrób coś ze sobą, pobiegaj, idź na siłownię, nie jedz po 18, jedz 3 posiłki dziennie albo i 5, a może 8… nie zawsze są odbierane jako pomocne. Tego rodzaju nacisk (w dobrej wierze) Iksiński może odczytać jako formę horroru bądź mobbingu stosowanego na jego udręczonej duszy. Umówmy się już na początku – wszystko, co robimy powinno przynosić nam po prostu radość i jeśli zarzucicie mi, że to banał – wcale się nie pogniewam.
Jeśli jednak zdecyduje się – nasz udręczony X – pójść na siłownię – nie bez wątpliwości i bez przekonania – jakie filmy może emitować jego równie niespokojna głowa? Bo od głowy wszystko się przecież zaczyna – zimno bez czapki i proces myślenia, który generuje takie, a nie inne zachowania. Pewne jest, że każdy kto decyduje się wylewać siódme poty na siłowni posiada pewne wyobrażenie o tym, jak funkcjonuje ta mała kraina kultu ciała.
Typowo: rozsadzeni przez tkankę mięśniową (tzw. muskuły, a fe) przystojni i opaleni od słońca o każdej porze roku mężczyźni, zabawiają się coraz to większymi ciężarami w asyście opuszczających salę fitness (najczęściej: aerobik) miss bikini. Oblani strużkami potu niczym oliwą eksponują odrobione zadanie domowe z lekcji kulturystyki, a po każdej serii łykają hormony szczęścia. Kobiety o nieskazitelnych udach i równie nieskazitelnych taliach powinny codziennie wznosić modlitwę dziękczynną za to chodzące szczęście, a na siłownię udają się w celach towarzyskich i dla zabicia nudy. Tacy jak Iksiński (bądź ich damska odmiana) stanowią niewielki margines siłowni (zawartość nic nie znaczącego nawiasu) i posiadają swoje wyizolowane miejsce – nie wadzące tym, którzy są na niej prawdziwymi herojami…
Iksiński może mieć jednak to szczęście, że przychodząc na siłownię spotka kogoś mądrego, a wszyscy mamy nadzieję, że powoli odchodzą do lamusa stereotypy (które jednak miały podstawy do tego, aby zaistnieć wychodząc z założenia, że w każdej plotce znajduje się ziarenko prawdy) związane z siłownią i wokół niej się kształtujące. Moi bohaterowie kogoś mądrego spotkali – rozpoczęli bądź kontynuowali swoją przygodę ze sportem z Rafałem Żegleniem. Być może przemawiają oni głosem niejednego Iksińskiego, nie są oni jednak anonimowi, są – wyjątkowi. Poznajcie – Kasię, Rafała i Alexa.

Niepełnosprawność? To nie dla mnie. Kasia – „królowa koksu”

Siedmioletnia Kasia rozpoczęła swoją przygodę ze sportem w szkółce pływackiej „Delfin” i jak sama twierdzi pływanie stało się jej obsesją i zagościło w jej życiu na dwanaście kolejnych lat. Kłopoty ze zdrowiem zmusiły ją jednak do pożegnania się z pływacką pasją, w następnej zaś kolejności zamknęła się jej ukochana szkółka, a zapałać miłością do innej Katarzyna nie była w stanie. Od roku sport na nowo zagościł w jej życiu. Zaczęło się jak zwykle – zupełnie niepostrzeżenie. Koleżanka poprosiła o towarzystwo na siłowni, a Kasia początkowo niechętna pomyślała: Co ja tam będę robić? Jestem przecież niepełnosprawna… na siłowni same koksy. Całe szczęście koleżanka okazała się być na tyle uparta, że nie pozwoliła Kasi zbyt długo produkować tego rodzaju „iksińskich” myśli.
Uparty okazał się być również napotkany na siłowni trener, który prowadził zajęcia kształtujące mięśnie brzucha (tzw. quick class czyli krótkie zajęcia ABS organizowane na siłowni o cyklicznych porach). Kiedy Kasia zobaczyła jakiego rodzaju zajęcia będą wykonywane przez uczestników stwierdziła: nic tu po mnie. Krok do przodu, dwa w tył.
Nie udało się jednak wycofać. Rafał podszedł i powiedział, aby została, a on znajdzie alternatywne ćwiczenia w sytuacji, gdy któreś okaże się być trudne do wykonania. Po prostu. Kasia uśmiechnęła się i została stwierdziwszy jednocześnie, że kondycja jest słowem w słowniku pod literą K, niewiele jednak ma wspólnego z samą Kasią.
Co dalej?
Kasia postanowiła wrócić na tę samą siłownię z konkretnym planem – trenować z Rafałem i zakończyć pewną niewygodną relację, która jak okazuje się dzisiaj – stanowiła wielki krok w życiu Kasi i z pewnością decyduje o pewności siebie, wypracowanej sile ciała i niesamowitej sile ducha. Treningi pomogły pozbyć się wcześniejszego towarzysza i pomocy w chodzeniu – laski. Rafał – w opinii podopiecznej Kasi zmienił jej wyobrażenie na temat miejsca, jakim jest siłownia, a dodatkowo udowodnił, że osoba niepełnosprawna może świetnie radzić sobie z wykonaniem całej masy powtórzeń i czuć się jak… królowa koksu. Wystarczyły zaledwie dwa miesiące aby odstawić do kąta i do końca świata rzeczoną laskę – oboje osiągnęliśmy sukces – mówi Kasia. Pora na nowe cele i dążenie do kolejnych sukcesów – pamiętając o zdrowej diecie nie zapominamy, że apetyt na sukces wzrasta w miarę jedzenia 🙂 Oprócz siłowni, Kasia pod czujnym okiem Rafała rozpoczęła również treningi pływackie na basenie i planuje starty w zawodach. Słowa, które pomagają w życiu? Nigdy nie trać nadziei, a ciężką pracą osiągniesz więcej niż myślisz. No, dobrze. Ale dlaczego Rafał? Czy o wyborze Kasi zadecydowała nieustępliwość trenera podczas krótkich zajęć ABS? Kasia mówi: Rafał posiada najcenniejszą u człowieka cechę – wielki szacunek do ludzi i swojej pracy. To urzekło mnie w nim najbardziej. Mogę zarekomendować współpracę z nim z całego serca i jestem przekonana, że Rafał jest w stanie wzmocnić kondycję każdego i… odmienić jego życie. Rafał – choć może nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę jest trochę jak artysta-malarz, który na swojej palecie posiada tylko ciepłe barwy.

Rafał. Trening siłowy? Jak najbardziej. Ale nic na siłę, po prostu czerpię radość.

Nasz kolejny bohater – od dwóch lat ćwiczący z Rafałem – przyznaje (bez bicia), że nigdy nie lubił WF i już od szkoły podstawowej wymigiwał się od uczestnictwa w tych zajęciach poprzez szukanie powodów, aby dostać zwolnienie. Dlaczego? Lekcje były nudne i monotonne – można powiedzieć o nich wszystko, ale na pewno nie to, że dawały możliwość wyboru. Można się zniechęcić. Zniechęcało Rafała dodatkowo to, że gry zespołowe bądź wybierane przez nauczyciela ćwiczenia nie do końca mu wychodziły. Efekt? Dodatkowa dawka zniechęcenia. Lata bez ruchu, sporadyczne kontakty z rowerem i równie sporadycznie odwiedzany basen spowodowały, że Rafał i jego kondycja rozminęli się gdzieś po drodze. Nadszedł w końcu taki dzień i obserwacja, że… trudno wyjść na drugie piętro bez zadyszki. Owo spostrzeżenie stało się początkiem zmian i refleksją, że pora coś z tym zrobić. Jak przedstawia się relacja Rafała i sportu, który stanowi dla niego pewnego rodzaju uzależnienie? Na początku towarzyszyła mu niepewność i wiele pytań, które powoli zastąpiła większa wiara i pewność siebie i własnych możliwości. Wisienką na torcie okazała się być z kolei stabilizacja i uzmysłowienie sobie: po co to tak naprawdę robię?
Rafał zapytany o swoje ulubione formy aktywności ruchowej wymienia: trening funkcjonalny, siłowy oraz TRX. Do tej uroczej mieszkanki dokładamy również bieganie, którego wcześniej nie lubił. Brzmi jak sukces? Biorę na siebie tę odpowiedzialność i stwierdzę z całą pewnością, że tak! 😉
Sport pozwolił mi „naprawić” moje ciało. Bardzo stresująca praca stała się powodem takich dolegliwości jak skurcze, bóle pleców, zmęczenie oraz bezsenność. Teraz już nie mierzę się z takimi problemami, a jeśli się zdarzają, wiem co robić. Iść na siłownię – mówi Rafał. Co ważne udało się naszym dwóm Rafałom ujarzmić pejoratywne skojarzenia, które generowały stereotypy związane z siłownią na której wiodą prym tzw. „sterydziarze i koksy”. W takim klimacie Rafał nie znalazłby dla siebie miejsca 🙂
Dlaczego Rafał Żegleń? Rafał stał się pewnego rodzaju konsekwencją wyboru siłowni, w następnej zaś kolejności okazało się, że potrafi słuchać. Nuda na treningach to coś, do czego nie dochodzi – zawsze skonstruuje taki zestaw ćwiczeń, którego wcześniej nie było. Posiada umiejętność poprawy humoru i opowiadania dowcipów. Rafał docenia wiedzę swojego trenera jak również fakt, iż wie o czym mówi i robi to „po polskiemu” – ćwiczący jest w stanie zrozumieć do czego dąży i czego oczekuje trener od swoich podopiecznych. Warty podkreślenia jest fakt, iż nie traktuje ich „od godziny do godziny” – jest profesjonalistą, którego inni podpatrują, aby uczknąć z jego wiedzy i charyzmy coś dla własnej potrzeby 😉 Mój bohater uważa również, że Rafał zna jego możliwości i wierzy w nie bardziej niż on sam. A na koniec słowa mojego bohatera, które stanowią prawdę – uniwersalną i absolutną – to, co robię ma mi sprawiać przyjemność i radość.

Alex. Jeśli nie wiesz, jakiego rodzaju trening wykonujesz – na pewno jest to trening funkcjonalny.

Pod jednym dachem mieszkają 3 osoby, które współpracują z Rafałem i dzielnie walczą na swoich treningach pod czujnym jego okiem oraz ze specyficzną mu cechą – nieustępliwością (cechą charakteru, a nie oka 😉 – przyp. red.).
Alex, jego mama Kinga oraz siostra Natalia zdecydowali się powierzyć mu kredyt zaufania. Nie zawiódł. Nie jest to jednak wybór tak oczywisty jak mogłoby się wydawać – wybór trenera jest często wyborem na dłużej, a trener staje się powiernikiem, przyjacielem i częścią naszej codzienności. Rafał został poddany pewnego rodzaju „testowi” mamy Alexa (już zapewne tylko Ona wie, jakie kryteria musi spełniać owy kawaler). Zdał i… role się zamieniły. Rafał nie raz, nie dwa testował już swoich podopiecznych i granice ich wytrzymałości.
Przez okres studiów Alex musiał dzielić swoje serce i czas na dwa domy – w Anglii i w Polsce. Podobnie sytuacja miała się ze sportem, który podczas studiów nie tyle zszedł na drugi plan co został – ze względu na wycieńczające studia i brak czasu – całkowicie osierocony. Jako dziecko Alex zajmował się pływaniem i z pewnością niejeden z nas może „poszczycić się” przy nim stylem żabki-obserwatorki 😉 I tutaj pojawia się znów podobna myśl i opinia autorstwa Alexa, która potwierdza to, że zakorzenione w naszych głowach opinie dotyczące siłowni trapią niejednego z nas. I są do siebie niezwykle podobne – w naszych początkowych wyobrażeniach (oraz obawach) jakakolwiek byłaby ona duża czy mała – w przestrzeni siłowni brakuje miejsca dla nas – trochę nieśmiałych, trochę zakompleksionych i niepewnych siebie. Ciało z kolei stanowi specyficzną przestrzeń, na której te kompleksy lubią się zagnieździć – zasiane w głowie potrafią odebrać mowę.

Jak tam bosu?
Bosu? A kto to jest?

Posiadane trenera jest niezwykle wygodne – nie musimy się martwić o to, jak zagospodarować godzinę na siłowni, nie musimy układać własnego treningu w logiczną całość, w której coś wynika z jednego i nie kłóci się z drugim. Obecność kogoś, kto posiada wiedzę na temat treningu i deity, kto dodatkowo traktuje cię jak kumpla/kumpelę, umówi się z tobą na kawę czy piwo (w ramach cheat day) dodaje pewności siebie. Wiesz, że ten czas nie pójdzie na marne i nie przesmykniesz się lekko, miło, łatwo i przyjemnie przez godzinę, którą teoretycznie zdecydowałeś się poświęcić na fizyczny masochizm. Według Alexa trener – a w tym konkretny przypadku – Rafał – pozwolił mu przekonać się i uwierzyć w to, że sport, ćwiczenia i siłownia utkana ze stereotypów może być… po prostu przyjemna. Siłownia jest miejscem w którym ludzie spotykają się, aby osiągać podobne cele. A ludzie ci są z kolei zupełnie różni, co dodaje pikanterii całej przestrzeni i jej otoczce. Można nauczyć się nowych słów, poznać nieznane dotąd zachowania i zobaczyć siebie samego – w tej nieco bardziej odważnej wersji, odartej z kompleksów. Alex, który wkrótce znów opuści Kraków jest przekonany, że nie zrezygnuje ze sportu. W jakimkolwiek mieście czy kraju znajdzie swoje miejsce na ziemi skorzysta z pomocy trenera. Albo trenerki 🙂 Ma nadzieję, że będzie on/ona chociaż w małym stopniu tak charyzmatyczna jak Rafał.

A co powie nam trener Rafał? Zobaczymy jakie plany i cele postawił sobie w nadchodzącym roku. Oby umieścił nas wszystkich w swoim kalendarzu 😉
Kasia, Rafał, Alex – dziękuję! – j.

10858463_10205320226275644_2080336648711947416_n

Błędy, próby i… błędy, czyli jak powstały biegowe mądrości

Przed Wami bohater tego artykułu, który odkrywa przed nami swoje (bolesne) doświadczenia – Richard Benyo zanim zadał pytanie – otrzymał odpowiedź, a wraz z nią szereg cennych informacji o tym, czego robić nie należy, aby uniknąć cierpień biegacza.

 bieganie-960x484

W nagrodę za 18 tygodni treningu, który był treningiem niezwykle ciężkim, przed maratonem – w ramach nagrody, Richard kupił sobie nowy i piękny strój na zawody. Każdy chce mieć piękną pamiątkę w postaci zdjęcia z zawodów, który w końcu do siebie pasuje i podkreśla walory biegacza. Skutek? Otarte, pokrwawione wewnętrzne strony ud oraz kwaśny grymas na zdjęciu. Mądrość? Nigdy (przenigdy) nie wkładaj na wyścig czegoś, czego nie sprawdziłeś na swoich treningach.

Błędy, skutki, mądrości

Boli cię łydka? Richard również myślał, że da radę biec pomimo odczuwalnego w tym mięśniu bólu – wystarczy tylko porządnie się rozgrzać. Skutek? Ból się nasilił. W celu odciążenia łydki przeciążona została druga noga, która „w nagrodę” nabawiła się kontuzji. Kontuzji mamy już zatem całe dwie.

Biegacz chciał zjeść porządne, obfite w węglowodany śniadanie tuż przed wyścigiem. Co mówi Rich? „Po pierwsze, czułem się jak ślimak, po drugie, użyźniłem rolnikowi pole … w skutek czego nie miałem żadnych zapasów węglowodanów”.  Mądrość? Zjedz coś lekkiego na długo przed wyścigiem lub treningiem, twój organizm nie może zajmować się trawieniem i kierować krwi do żołądka zamiast do mięśni.

Może czasem myślimy za dużo? Nasz bohater na przykład… pomyślał, że jeśli jeden długi bieg w weekend dobrze mu robi, to dwa biegi… przyniosą podwójny, wspaniały skutek. Skutek jednak odwrotny – przez dwa następne tygodnie Rich walczył z nogami, które nie chciały się ruszać. Mądrość z tego taka: stosujcie wymiennie biegi łatwe i trudne, aby organizm miał czas i siłę na regenerację po tym cięższym i dłuższym treningu.

Bolesna… miłość?

Kochamy, kochamy biegać! A jeśli coś kochamy, chcemy doświadczać tego jak najczęściej, jak najwięcej i jak najintensywniej! Nie inaczej nasz biegacz. Richard postanowił biegać siedem dni w tygodniu, a skutkiem tego okazało się być zmęczenie i uczucie ciężkich nóg. Mądrość? Dni odpoczynku zapewniają regenerację, która prowadzi do uzyskania lepszej jakości biegów w kolejnych dniach. Sprawa ta wydaje się być oczywista, a o regeneracji przypominamy usilnie i ciągle. Ale bywa tak, że każdy z nas o niej zapomina, wydaje się nam, że im więcej, tym lepiej.  Podobnie myśląc, że im szybciej, tym lepiej, bo przecież to sposób na oszczędzanie. Rich postanowił na zawodach biegowych zacząć szybko, żeby uzyskać zapas czasu. Co stwierdza? „Na ostatnich kilometrach nie błyszczałem. W sumie było coraz gorzej”. Tłumaczy to stosując nomenklaturą niczym bankowiec – „nie podejmujesz z banku zaoszczędzonych minut, jeśli nie miały one czasu tam dojrzeć”.

Kolejny błąd, skutek i mądrość. Biegacz wystartował w maratonie przygotowany zbyt słabo. Przez ostatnie 15 kilometrów czuł, że pokutuje za wszystkie grzechy, które popełnił w pierwszych dziesięciu latach życia 😉 Mądrość? Zbierzesz to, co zasiejesz. Gdy zasiejesz mało, zbierzesz wiele… bólu, kochani!

Biegać także trzeba się nauczyć, chociaż jest to naturalna dla człowieka czynność ruchowa (ptak lata, ryba pływa, człowiek biega!). A razem z bieganiem, zwłaszcza na zawodach i maratonach pojawiają się inne lekcje do odrobienia – nauka odpowiedniego nawadniania. Co myślał Richard? Tylko mięczaki piją przed, w trakcie i po wyścigu. Skutek nasuwa się sam – wyścigu nie ukończył, a „przy okazji” odwodnił się.

Na zakończenie artykułu migawka z zakończonego biegu. Kiedy Rich dojrzał ładny trawnik, tuż po przekroczeniu linii mety na maratonie wprost… rzucił się na niego. Skutkiem tego zrywu było odczucie, że nogi zalane zostały betonem. Potrzebował pomocy, żeby wstać i kuśtykał niczym zardzewiały robot. Po ciężkim wysiłku każdy chyba miał ochotę po prostu rzucić się na trawę, podłogę, czy też oprzeć się o ścianę i powrócić do miarowego oddechu, mieć pewność, że „oto żyję!”Kiedy przekraczasz metę ruszaj się po to, aby wypompować toksyny z nóg. Zaraz po zawodach przejdź przynajmniej 250 metrów na każde 5 przebiegniętych kilometrów